Nie ma co ukrywać, że tworzenie serwisu związanego z finansami jest potencjalnie bardzo opłacalne. Social lending nie musi super wypalić. Jeśli będzie generował przynajmniej przyzwoity ruch to reklamowanie produktów finansowych, kredytów, kont itp zrobi resztę.
Buzz wokół tematu od początku jest spory - social lending to jedna z etykietek, którą lubią dziennikarze i prawdziwy buzz dopiero się zacznie teraz gdy Monetto pokazało co szykuje.
Prawdopodobnie partnerstwo z mBankiem to marketingowa inwestycja mBanku. Inwestycja, która z pewnością się zwróci - sam fakt takiego partnerstwa wymusza szum. Już teraz gdy ktoś pisze o Monetto zawsze wspomina o mBanku mimo tego, że tak naprawdę nigdy jasno nie powiedziano na czym partnerstwo z mBankiem polega.
Monetto już niewinnie namawia do zakładania kont w mBanku (bo jest wygodniej) - za chwile zacznie namawiać mniej subtelnie. Potem zareklamuje inne produkty dla inwestorów i pożyczających, będą też mailingi - wg mnie to pewne.
Marcin Jagodziński pisał o drugim dnie Finansowo - to że serwis celuje właśnie w rynek reklamowy jest oczywiste. Finansowo nie pośredniczy w transakcjach, nie pobiera prowizji, nic. Wkrótce w serwisie pojawią się reklamy kont internetowych - zobaczycie ;)
Dlatego podoba mi się pomysł Monetto, żeby nie robić tylko pożyczek ale dodać też grupy dyskusyjne. To nie tylko zwiększy im ilość odsłon ale też sprawi, że ludzie będą wracali nawet gdy nie będą zainteresowani główną działalnością serwisu.
Widać w tym echa zmarłego przed urodzeniem Vif.pl i jakiegoś przyczajonego ataku na pozycje Money.pl i Bankier.pl. Z pomocą Maćka Popowicza to może wypalić.
Megapanel powstał w 2005 roku z inicjatywy spółki Polskie Badania Internetu, która reprezentuje największych polskich wydawców internetowych (portale Onet, WP, Gazeta, Interia). PBI powstało bo wydawcy i sieci reklamowe chciały mieć jeden wspólny standard mierzenia i porównywania ruchu w serwisach internetowych. PBI współpracując z firmą badawczą Gemius powołała do życia Megapanel, który jest odpowiedzią na te potrzeby.
Ostatnio Gemiusa kupił Trigon. Jak pisze Bartek Ciszewski w Managerii - Trigon od lat współpracuje z Polsatem, a Marcin Pery wiceprezes Gemiusa trzy tygodnie po przejęciu Gemiusa przez Trigon przeszedł do Polsatu gdzie został menedżerem nowych projektów internetowych.
Prawdopodobnie oznacza to, że Polsat kontroluje firmę, która ma przemożny wpływ na rynek reklamy internetowej w Polsce.
Ostatnio pisałem, że Polsat być może chce stworzyć własny portal. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Onet, WP, Gazeta i Interia jako PBI będą chciały korzystać i uznawać na branżowy standard narzędzie badawcze należące do ich bezpośredniego konkurenta - portalu Polsatu.
Czy to koniec Megapanelu? Niekoniecznie. Od jakiegoś czasu chodzą plotki o tym, że PBI szuka nowego partnera - być może niedługo Gemiusa zastąpi niemiecki Spring.
Jest też inna możliwość - Google. Google ma masę danych - Analytics, AdSense, AdWords i Google Toolbar. Gdyby chciało stworzyć raporty to mogłoby spokojnie zastąpić Megapanel. Do tej pory Google nie działało na tym polu i podobno Googlowi bardzo zależy na tajności danych, które zbiera. Wydaje mi się jednak, że to się zmienia. Są pierwsze jaskółki prognozujące otwarcie się Google na marketerów - np. ostatni news o tym, że Youtube będzie udostępniał statystyki oglądalności zamieszczonych przez nich klipów.
Być może Google zrobi coś takiego jak Alexa tylko znacznie bardziej precyzyjnego? Wtedy nasze lokalne, niedokładne badania byłby niepotrzebne.
“Don’t repeat yourself” - zasada dobrze znana programistom, która zupełnie nie ma odzwierciedlenia w efektach pracy większości programistów webowych. Niestety. Programiści i projektanci licznych serwisów i aplikacji nurtu web 2.0 ciągle wymagają od ich użytkowników by się powtarzali.
Zanim zaczniemy używać jakiegoś serwisu musimy stworzyć sobie w nim środowisko czyli: zarejestrować się, zbudować sobie profil (wgrać avatar, wypełnić formularze itd) i poszukać jakiś znajomych. To samo trzeba zrobić w prawie każdym serwisie. Czas, który poświęcamy na tworzenie środowiska moglibyśmy przeznaczyć na tworzenie treści - czyli zwiększyć swoją produktywność.
Poza tym sam fakt konieczności wypełniania kolejnych takich samych formularzy działa bardzo demotywująco. Obniżając barierę wejścia robimy dobrze nie tylko użytkownikom ale przede wszystkim sobie - jest szansa na to, że użytkownik chętniej zrobi coś w naszym serwisie jeśli nie będziemy wymagali od niego spełnienia tych wszystkich nudnych formalności.
DataPortability.org to grupa robocza, która wykorzystując istniejące technologie chce stworzyć jednolity standard wymiany danych. Grupa ma silną reprezentację branży internetowej - w pracach uczestniczą przedstawiciele takich firm jak Google, Yahoo, Facebook, Plaxo a od wczoraj dołączył również Microsoft.
To, że możliwość zarządzania swoimi danymi przez użytkowników jest oczywiste zarówno dla tych użytkowników jak i dla małych lub nowych serwisów, które w ten sposób liczą właśnie na zmniejszenie tej bariery, którą musi pokonać nowy użytkownik. Dużym teoretycznie powinno mniej na tym zależeć - u nich “śnieżna kula” jest już dobrze rozpędzona. Po co więc uczestniczą w pracach DataPortability.org?
Możliwość przenoszenia danych to w pewnym sensie uwolnienie rynku. Gdy już stanie się faktem użytkownik będzie wybierał takie usługi, które najbardziej mu odpowiadają, a nie te w których już ma znajomych. Decyzja będzie mniej wymuszona okolicznościami a bardziej racjonalna.
Za decyzją dużych kryje się więc pewnie oczekiwanie na przemieszczanie się użytkowników w kierunku “do” z nie “z” ;). Poza tym to daje szanse na odświeżenie rynku - nowe, sprytne firmy będą miały większe szanse na konkurowanie z dużymi. Duże dysponują kapitałem a nie zawsze super pomysłami i energią - taka świeżość jest dla nich okazją inwestycyjną.
Pamiętacie aferę Scoble (Plaxo) vs Facebook? Obie firmy - Facebook i Plaxo - 5 dni po tej aferze przystąpiły do grupy roboczej DataPortability. Co z tego skoro w regulaminie Facebooka nadal jest zapis o tym, że swoich danych nie można wyciągać automatem? Droga do Data Portability jest jeszcze daleka.
Na koniec - obejrzyjcie sobie bardzo fajnie zrobiony materiał promocyjny inicjatywy:
Nie wiem czy wszyscy już słyszeli o tym, że trwają zamknięte testy API MyBlogLog. To ciekawa sprawa. Jak wykazał Marshall Kirkpatrick w artykule na ten temat na Read Write Web MyBlogLog zebrał i nadal zbiera pokaźną liczbę różnych, bardzo interesujących danych o użytkownikach i API, które pozwoli na prosty dostęp do tych danych otwiera sporo możliwości przed developerami.
O tym, że API jest fajne ciekawie opowiedział Filip Tepper w swojej pecha kuchy na ostatnim Barcampie (link do video na dniach). Przykład potwierdzający słowa Filipa - naszBlipcast do Blipa.
API MyBlogLoga może być nawet bardzo fajne.
Przede wszystkim zacznijmy od tego co MyBlogLog wie:
zna Twoje dane osobowe
zna Twoją płeć
wie jak wyglądasz
zna Twoje zainteresowania (na podstawie tagów, którymi się określiłeś/aś)
wie jakich komunikatorów używasz
wie kim jesteś w najróżniejszych serwisach
zna statystyki Twoich stron
wie skąd wszedłeś na daną stronę
wie na jaką stronę przeszedłeś/przeszłaś z tej strony
To baaaardzo dużo ultra ciekawych danych. Nasza-Klasa wypada przy tym bardzo blado, przyznacie?
Co z tym można zrobić? Sztampowe “sky is the limit” pasuje jak ulał. Jeśli Yahoo da nam dostęp do połowy tych danych to i tak jest to niezwykle dużo.
Wyobraźcie sobie - ludzik z ciastkiem MyBlogLog wchodzi na Wasz nowiutki serwis społecznościowy. Witacie go po imieniu i pokazujecie na honorowym miejscu jego twarz (avatar). Od razu podrzucacie mu formularz rejestracyjny wypełniony w 90%, wystarczy, że poda email (albo nawet nie) i hasło. Nie musicie nawet potwierdzać rejestracji bo przecież MyBlogLog zrobił to za Was kilka miesięcy wcześniej.
A to i tak dość wulgarny przykład wykorzystania API MyBlogLog.
Bardziej subtelnie: macie sklep z płytami. Sprawdzacie przez API MyBlogLoga identyfikator użytkownika, który właśnie Was odwiedził w Last.fm, potem przez API Last.fm wyciągacie informacje o tym czego ostatnio słuchał i czego lubi słuchać najbardziej i podrzucacie mu te lub podobne płyty już na stronie głównej. Jesteście przynajmniej o level wyżej w AIDA :)
Na koniec przykład najbardziej banalny: badania statystyczne - znacie płeć, miejsce zamieszkania, wiek i zainteresowania Waszych odbiorców. Grupa respondentów (badanych czy jak ich tam nazwać) jest na pewno większa niż tych z Mega Panelu, czy bardziej reprezentatywna - nie wiem ale mniemam, że podobnie.
Chyba nie muszę jż nikogo przekonywać, że publiczny dostęp do API MyBlogLog będzie znaczącym wydarzeniem. Być może wywrze większy wpływ na Web niż platforma Facebooka.
To co? Zaczynamy niecierpliwie obgryzać paznokcie?
Jakiś czas temu pisałem, że Yahoo chyba nie do końca dostrzega potencjał wyszukiwawczy delicious. Bo przecież linki dodane do delicious kilka razy zostały uznane przez jakąś grupę osób (ludzi nie robotów) za istotne i ciekawe, a do tego ktoś poświęcił kilka sekund by opisać ich zawartość tagując.
Co więcej - delicious to nie digg - intencje dodawania nowych znalezisk do tych serwisów są różne. Do digga dodajemy coś co może zainteresować innych - intencją jest właśnie wzbudzenie czyjegoś zainteresowania. Do delicious dodajemy coś co interesuje nas, dodajemy po to, żeby nie zapomnieć, nie zgubić i od razu organizujemy bo organizujemy dla siebie - inni korzystają z tego przy okazji.
Stawiam tezę, że linki z delicious są bardziej wartościowe właśnie z powodu tej intencji. Digg to ciekawostki, delicious to ciekawostki przydatne. A właśnie przydatności szukamy wpisując coś w pole wyszukiwarki.
Jak ta integracja wygląda widać na poniższym obrazku:
Przy wyniku, który jest też w delicious pojawia się liczba dodań oraz najpopularniejsze tagi. Yahoo nie poinformowało czy delicious ma jakiś wpływ na miejsce w rankingu Yahoo Search. Po kilku testach raczej w to wątpię, a szkoda. To byłby ciekawy eksperyment sprawdzić, czy rzeczywiście strony dodane do delicious są bardziej wartościowe niż te, które wyszuka i oceni robot na podstawie jakiegoś algorytmu - algorytmu który jest pewnie niedoskonałą kopią algorytmu Google.
Start Wikia Search nie okazał się sukcesem - wszyscy spodziewali się od razu zabójcy Google podczas gdy Jimmy Wales pokazał jedynie nasiono, które jeśli będzie starannie podlewane i pielęgnowane przez silną developerską społeczność to może kiedyś wyrośnie z niego ów zabójca.
Tak sobie myślę, że Yahoo miałoby znacznie łatwiej gdyby chciało odważnie powalczyć na rynku wyszukiwarek. Przede wszystkim istnieje już na tym rynku (niby druga pozycja ale procentowo wygląda to słabiutko), mogłoby łatwo dotrzeć do dużej społeczności developerów (hack day to impreza yahoo) no i ma fajne serwisy wspierające (flickr na którym łatwiej znaleźć dobre foty niż w Google Images i delicious). Otwarcie algorytmu wyszukiwarki zmieniłoby też postrzeganie Yahoo - teraz to raczej coś odrobinę bardziej innowacyjnego od AOL, nie ma tej aury fajności, którą ciągle udaje się utrzymywać Googlowi.
to blog o Internecie. Poczytasz tu o tym co ciekawego i nowego dzieje się w kraju (w tym plotki i przecieki ;)) i zagranicą.
Znajdziesz tu też fajne oferty pracy dla ludzi z branży IT.